Budżety obywatelskie, które są również określane jako partycypacyjne to najczystsza polityczna hipokryzja lokalnych polityków.
Uzasadnienie takiego stanowiska jest banalnie proste, ale z drugiej strony przykre dla obywateli.
Budżet Obywatelski to bowiem część pieniędzy z budżetu miasta, które w politycznym geście Prezydent Miasta oraz radni przekazują do podziału mieszkańcom. Chodzi o to żeby zdecydowali na co mają być te środki finansowe wykorzystane.
Przyjmując, iż jest to dziesięć procent z puli budżetu miasta rodzi to poważne wątpliwości do demokracji i sprawowania władzy.
Budżet miasta to bowiem de facto budżet obywatelski, tak go można – i należy – rozumieć, bo składa się przecież z podatków obywateli oraz firm z danego miasta. Jest to więc budżet obywatelski, bo i firmy w danym mieście są prowadzone przez obywateli. A więc pieniądze jakie się w nim znajdują pochodzą od obywateli. Generalnie więc budżet miasta to prawdziwy budżet obywatelski.
Jeśli dla potrzeb tego pokrętnego rozumowania przyjąć, że budżet obywatelski do wspomniane wyżej dziesięć procent to co stanowi pozostałe dziewięćdziesiąt procent?
Czy oznacza to, że jest to budżet polityków, radnych, prezydenta?
Warto więc w tym miejscu przypomnieć, że w wyborach do samorządu obywatele decydują się na oddanie swojego głosu na konkretnego kandydata (kandydatkę). Decydują się na to, bo ten obiecuje im, że w jego dzielnicy będzie nie tylko prosty chodnik, droga bez dziur, dobra szkoła dla dzieci, ale w mieście np. teatr albo filharmonia itd. itp.
Ludzie zdecydowali więc już na co mają iść ich pieniądze w momencie, gdy wybierają konkretną osobę, oddają głos na konkretną osobę. Gdy kandydatka A zapowiadała, że w konkretnej dzielnicy powstanie plac zabaw dla dzieci, zostaną naprawione chodniki oraz poprawione będzie oświetlenie. I tak zgodnie z logiką, a także polityczną obietnicą ma być.
W ten sposób co rok i patrząc szerzej co cztery lata powstaje budżet obywatelski.
Ale wydaje się, że lokalnym politykom to za mało.
Dlaczego?
Nie potrafią się wykazać skutecznością, pracowitością, pomysłowością, determinacją i chyba dlatego wymyślili kolejny szczebel demokracji.
Na jego poziomie ludzie znowu muszą udowodnić, że w ich dzielnicy jest potrzebny plac zabaw dla dzieci i proste chodniki. Znowu głosują, znowu agitują. A politycy znowu pokazują jak są dobrzy i wspaniałomyślni, że pozwalają wyborcom przeznaczyć ich pieniądza na przydatne im codziennym życiu wspólnoty przedsięwzięcia rzucając ochłapy z całej puli budżetu.
Być może rozwiązaniem optymalnym byłoby wprowadzenie optymalnego budżetu obywatelskiego.
Np. w mieście, które ma rocznie do dyspozycji miliard złotych, raz w roku odbywa się głosowanie – rodzaj referendum – na co ma być przeznaczony.
Tak jak w domu, raz na miesiąc rodzice decydują, że wszystko poza kosztami stałymi, a więc jedzeniem, opłatami za czynsz, energię czy gaz jest przeznaczane na: nową kurtkę dla jednego dziecka, na nowe buty dla drugiego, na nowy telewizor czy lodówkę, komputer czy rower albo malowanie pokoju bądź wymianę mebli. A jeśli coś zostanie, to wtedy jest odkładane na konto żeby procentowało.
Tak samo może funkcjonować budżet miasta.
Jednak politycy muszą się na to zgodzić!
Ale wtedy do realizacji budżetu nie będzie już potrzebnych kilkudziesięciu radnych albo trzech prezydentów miasta.
Gdyby zgodzili się na takie rozwiązanie to straciliby ciepłe posadki, ciepłe stołki, diety, apanaże, władze, prestiż i całą resztę.
Żeby ciągle to mieć, raz w roku pozwalają „obywatelom”, by pobawili się swoimi pieniędzmi na podwórku jak dzieci w piaskownicy.
Ciągle wielu to akceptuje, a wielu się to nawet podoba…
Artur Kowalczyk, Fot. Dziennik Legnicki